Ogrodnictwo miejskie – snobistyczne czy ratunkowe?

Październik 2, 2015

Z czym kojarzy Wam się termin „urban gardening”? Z fanaberią zamożnej grupy społeczeństwa, która uznała akurat za stylowe uprawianie miejskich działek? Z szansą na stworzenie własnymi siłami źródła zdrowej żywności?

Ogrodnictwo miejskie – snobistyczne czy ratunkowe (2)

A może z zagwarantowaniem sobie chwili relaksu, gdzie przyjemne łączy się z pożytecznym: miasto łapie więcej powietrza, a zapylacze zyskują swe małe enklawy? Znany fotograf, Jan Brykczyński, ukazał zupełnie odmienne oblicze miejskiego ogrodnictwa.

Ogrodnictwo miejskie – snobistyczne czy ratunkowe (3)

Jan Brykczyński to jeden z najbardziej znanych polskich fotografów dokumentalistów, którego sferą zainteresowania bardzo często jest temat złożonych relacji człowieka z przyrodą. Jego książka „The Gardener” jest jednak niecodziennym spojrzeniem na tę kwestię. Opowieść o potrzebie obcowania z naturą, pomimo warunków narzuconych przez środowisko miejskie, nie byłaby jeszcze niczym nowym. Ale wybór jej głównych bohaterów daleki jest od sztampy.

Dlaczego miejskie ogrodnictwo kojarzy się z fanaberią zamożnych?

Zapewne dlatego, że to modny trend. Podążanie za tą modą jest lansowane w wysokonakładowych magazynach i od jakiegoś czasu uprawiać swe warzywa czy zioła jest po prostu dobrze widziane. Minął czas, gdy kojarzyły się one z pracowniczymi ogródkami działkowymi kojarzonymi z przaśnym PRL-em, a zresztą i pewne rekwizyty rodem z tej epoki wróciły tryumfalnie jako obecnie stylowe.

Czy w miejskim ogrodnictwie chodzi o coś więcej niż tylko o modę i chęć utożsamienia się z pewnym life stylem? To oczywiście zależy już od konkretnego człowieka. By poznać lepiej motywacje, jakie mogą wiązać się z zajęciem się uprawą w mieście, warto wejrzeć w korzenie miejskiego ogrodnictwa.

Urban gardening – jak to było, nim zjawisko nazwano?

Może zaczęło się od londyńskich grządek podczas oblężenia miasta w czasie drugiej wojny światowej? Albo od Berlina, gdzie tuż po drugiej wojnie światowej pojawiło się 200 tysięcy działek? A może jeszcze wcześniej – od ruchu diggerów? Głosili oni przecież pogląd, że źródłem nędzy i wyzysku jest własność prywatna i w związku z uznawali powszechną dostępność ziemi, z zastrzeżeniem własności narzędzi i gospodarstwa. Ogrody działkowe stanowiące suplement przyrody w mieście oraz tanie źródło żywności pojawiły się w Anglii ze szczytem uprzemysłowienia miast, czyli w połowie XIX wieku – te najstarsze  w Europie i na świecie to Ogrody Świętej Anny, znajdujące się w Nottingham. Założono je już w 1840 r.

Można też twierdzić, że inspirującym początkiem miejskiego ogrodnictwa była kubańska Hawana, gdzie połowa żywności konsumowanej przez mieszkańców miasta jest produkowana przez nich samych, co wynika z lęku przed wprowadzeniem embarga na dostawy żywności – było ono powszechne było w latach 70-tych ubiegłego stulecia.

Pewne jest, że pierwszy raz określenia guerilla gardening, czyli partyzantka ogrodnicza, użyto w związku z inicjatywą artystki i aktywistki Liz Christy.  Grupa zielonych „partyzantów” pod wodzą Liz wrzucała „bomby nasienne” na opuszczone posesje, a ona sama założyła nieformalny ogród na opuszczonym, zaniedbanym placu w jednej z dzielnic Nowego Jorku. Ogród ten istnieje do dziś i obecnie jest oazą zieleni, której istnienie w pełni zostało usankcjonowane przez władze miejskie.

Ogrodnictwo miejskie – snobistyczne czy ratunkowe (4)

Co daje miejskie ogrodnictwo?

Z racji korzeni zjawiska można za najoczywistszą uznać samowystarczalność żywnościową miast i względy czysto ekonomiczne. Jak orzekł Ron Finley, zwany buntowniczym ogrodnikiem z South Central w Los Angeles, uprawa własnego jedzenia jest jak drukowanie własnych pieniędzy. Ron Finley zakłada ogrody warzywne w swej dzielnicy dla zabawy, piękna, na przekór, by dać ludziom alternatywę dla fast foodów w społeczności, gdzie „bary drive-thru zabijają więcej ludzi niż strzelaniny” . Posłuchajcie sami, co mówi na temat swej działalności, gdyż w jego wypowiedzi zawarta jest cała esencja sensowności tworzenia wokół siebie choćby najmniejszych oaz zieleni.

Ogrodnicy Jana Brykczyńskiego

Wobec tego, jak wiele teraz mówi się i pisze na temat tego, co nazwano „urban gardening”, można sobie zadać pytanie, co jeszcze nowego można wnieść w obserwacje na temat miejskich ogrodników. Zrozumie to każdy, kto zajrzy w tę książkę, której bohaterowie zakładają swe ogrody niezależnie od tego, czy to akurat modne. To bowiem ludzie, którzy na czterech różnych kontynentach, w miejscach, gdzie ogrodów nikt by nie oczekiwał, tworzą ogrody – jak mówi sam autor książki „The Gardener” – by żyć. W slumsach, w biednych dzielnicach i na obrzeżach miast, niezależnie od mód i zalecanego stylu pielęgnacji, powstają te szczególne oazy.

Brykczyński pokazał ogrodników z teoretycznie bardzo różnych miast – ale połączonych czymś niesłychanie istotnym: poważnymi problemami ekonomicznymi, często posuniętymi do daleko idących skrajności. Dla tych, którzy znajdują się w tarapatach finansowych, najbardziej osiągalna jest żywność wysokoprzetworzona, sztuczna. To, co zdrowe znajduje się poza ich zasięgiem – jest zbyt drogie.

W tej sytuacji ludzie tworzą swe własne ogrody wyszarpując na ich rzecz dostępne skrawki ziemi, często będąc zmuszonymi do ich obrony, nawet z bronią w ręku albo też do ich ukrywania, by uprawiane rośliny jadalne nie zostały ukradzione. Te z trudem zdobywane oazy zieleni i plonów są dowodami niezwykłej kreatywności sportretowanych w książce Jana Brykczyńskiego ogrodników. Ich ogrodzenia, podpory, linki, po których pną się rośliny, to świadectwo pomysłowości ogrodników z miejsc nędzy. Nie stać ich przecież na zakup profesjonalnych narzędzi ogrodniczych w wyspecjalizowanych sklepach. Całość jest zupełnie odmiennym dokonaniem niż nasze „sformalizowane”, ogrodzone i zalegalizowane ogrody miejskie, cieszące się swoistą suwerennością.

Ogrodnictwo miejskie – snobistyczne czy ratunkowe (5)

Miejscy ogrodnicy z Berlina – również inni niż głosi stereotyp

Tempelhof w Berlinie to też szczególne miejsce. W efekcie głosowania mieszkańców, na płycie zamkniętego lotniska zostało stworzone również szczególne miejskie ogrodnictwo. Podwyższone grządki stworzone ze skrzynek, a czasem nawet wypełnione ziemią stare wózki lub po prostu stare wanny – wszystko to, co jest pod ręką wykorzystane, by uprawiać zioła, truskawki, kwiaty, pomidory, sałaty, cukinie, a nawet małe dynie. Każda skrzynka należy do jednej rodziny lub pojedynczej osoby, a wśród uprawiających nie brak również bezdomnych, którzy wykorzystują to, że ziemię, skrzynki i sadzonki oferuje wszystkim chętnym miasto.

Ogrodnictwo miejskie – snobistyczne czy ratunkowe (6)

A poza pozyskiwaniem plonów?

Funkcja mobilizacyjna do pozadomowej aktywności, satysfakcja z osiągniętych plonów, tworzenie enklaw odpoczynku od otaczającego nas zewsząd konsumpcjonizmu, miejsca relaksu i zetknięcia z przyrodą,  szansa na resocjalizację i zjednoczenie dla wspólnego dobra… można by jeszcze długo wymieniać.

Całość sprowadza się do jednego: sprowadzanie powrotu do miejskich upraw do fanaberii znudzonych japiszonów czy snobizmu bawiących się w rolnictwo korposzczurów jest poważnym uproszczeniem.

Wiedzą o tym i możni tego świata: Elżbieta II założyła warzywniak w ogrodach pałacu Buckingham podczas II wojny światowej i uprawia go do dziś. Michelle Obama  zajada swoją własną ekologiczną sałatę wysianą na dawnych trawnikach wokół Białego Domu.

Szum wokół miejskiego ogrodnictwa i lansowanie tego trendu w naszym kraju ciągle są potrzebne. Zwłaszcza w mniejszych miejscowościach postawy władz miejskich często pozostawiają jeszcze wiele do życzenia. Politykom i urzędnikom nowoczesne miasto wciąż kojarzy się z trasami szybkiego ruchu i pnącymi się w niebo szklanymi wieżowcami. Jeżeli włodarze polskich miast zdołają wyzwolą się ze stereotypów i dostrzegą liczne korzyści, jakie niesie ze sobą kultywowanie uprawy ziemi w mieście, otworzy to szanse na życie w miastach bardziej przyjaznych dla wszystkich mieszkańców. Nawet ci, którzy nie zaangażują się w ideę bezpośrednio, zyskają szanse choćby na oddychanie czystszym powietrzem.

Motywy czysto ekonomiczne? Zdrowotne dla ciała i duszy? Snobizm? Nieważne. Niech żyją miejscy ogrodnicy!

Ogrodnictwo miejskie – snobistyczne czy ratunkowe (1)

Attention: The internal data of table “6” is corrupted!

Print Friendly, PDF & Email
Nasadzenia zastępcze - co i jak?
Sofia ukwiecona!

Skomentuj

Poprzedni wpis
Nieciekawe dekoracje świąteczne odsyłamy do lamusa! Już teraz warto zapoczątkować nową erę oryginalnego dekorowania przestrzeni publicznej w okresie Bożego Narodzenia…